|
Złomowisko |
Pajęcza sieć |
Był chłodny wieczór. Przed wejściem do lokalu o nazwie Ściema, umiejscowionego na obrzeżach Vegas, zebrała się dość spora grupka ludzi, teoretycznie nieszkodliwa. Jedni rozmawiali, inni popijali co chwila z butelek jakiś płyn (nie wyglądał zachęcająco), inni dawali sobie ostro w żyłę. Grupki nie wchodziły sobie w drogę, lecz uważny obserwator mógłby w nich dostrzec jedną wspólną skłonność. Mianowicie wszystkie ekipy bacznie obserwowały każdego, kto kręcił się w pobliżu, kto wchodził bądź wychodził z lokalu. Gdy podjeżdżało jakieś auto, wszystkie zajęcia odsuwane były na bok i ogólny harmider cichł niemal zupełnie, a nowo przybyli od wyjścia z auta do wkroczenia na podwoje lokalu czuli się, jakby rentgen bacznie badał ich ciało. Niejednokrotnie wmurowane takim zachowaniem nietutejsze cieniasy wymiękały przed wejściem, w popłochu wracały do swojego auta i jechały na poszukiwania innego lokum. W środku niby ulga, niby nikt cię już tak nie obserwuje, ale nadal nie możesz się oprzeć przeczuciu, że połowa z bywalców to podstawione typki, którzy są w stanie rozwalić ci łeb, gdy tylko zrobisz jakiś fałszywy ruch. Sam lokal, wyposażony w dwa stoły do ruletki, niezliczone stoliki, przy których grano w przeróżne gry karciane, no i oczywiście nieodłączną część każdego lokalu, czyli bar, sprawiał dobre wrażenie. Wszystko uwieńczone nutami lekkiego bluesa płynącego z głośników. Gdy zamówiłeś pierwsze piwo i rozluźniłeś się trochę, zapominając jednocześnie o wszechobecności gapiących się na ciebie oczu, mogłeś wreszcie nieco się odprężyć i zacząć zabawę przy jednym ze stołów. Słońce zupełnie już zaszło i dwie lampy zapaliły się, by oświetlić okolice lokalu, z naciskiem na jego niewielki parking, na który właśnie nadjechał duży czarny ford. Auto było wyjątkowo zadbane, ale nosiło na sobie znaki kilku niegroźnych stłuczek. Z auta wysiadł dość dobrze zbudowany mężczyzna, w podniszczonym garniaku. Można było w nim zauważyć widoczne obycie z rentgenowskimi zwyczajami dzielnicy, bo nie zwracał na obserwatorów wielkiej uwagi. Kręcił się tutaj już wcześniej, więc wiedział, że jego tożsamość od dawna jest znana; wiedział, że imię Marcus Ring obiło się już o uszy tutejszej śmietanki. Szedł spokojnie, nie okazując nawet najmniejszego zaniepokojenia niecodzienną sytuacją przed lokalem. Na wejście zamówił piwo, wymienił swój szmelc na żetony do gry i usiadł do stolika z ruletką. Przy stole siedziało już trzech silnie zaangażowanych w grę graczy. Bardzo pewnie czujący się krupier co chwila wprawiał koło w ruch, a gracze obstawiali. Nowo przybyły gracz włączył się do gry i zauważył jedną dziwną rzecz. Za każdym razem, gdy stawka była już dość wysoka, jeden z gapiów wykładał minimalna stawkę na stół. Nie wiedzieć czemu obstawiona przez niego liczba zawsze wygrywała, powodując frustrację u innych graczy. Po kilku takich incydentach Marcus przestał obstawiać wysoko, ponieważ nie widział w tym żadnego zysku. Piwo w kuflu kończyło się, gdy szczęściarz i dwóch innych dobrze zbudowanych kolesi dosiadło się do stołu, przy jednoczesnej kapitulacji dotychczasowej dwójki. Kolejna stawka, zwycięstwo, następna - to samo, czyżby gościa opuściło szczęście? Może to tamte wygrane były przypadkiem. Kolejne dwie gry i kolejne zwycięstwa. Marcusowi pierwszy raz w życiu zdarzyło się wygrać tyle razy pod rząd. Ogarnęła go niepewność, postawił wszystko. W końcu życie mu jeszcze miłe, lepiej zostawić tu ten szmelc i wyjść cało, niż bogatym umrzeć... Ruletka poszła w ruch i ... kolejne zwycięstwo. W tej chwili miał już cztery razy tyle, co na początku, gdy wchodził do lokalu, a krupier i inni gracze w ogóle nie przejmowali się straconymi pieniędzmi. Gdy Marcus po raz kolejny postawił wszystko, co miał, szczerze liczył na przegraną. Podwójne zero, znów pan wygrał , wypowiedziane przez krupiera, było jak bat. Niepewność, co teraz zrobić; odejść czy grać dalej, czego oni kurde ode mnie chcą, to nie może być przypadek, na pewno nie, ale dałem się złapać w sieć... Pesymistyczne myśli go nie opuszczały, zwłaszcza że kolejna gra również zakończyła się powodzeniem. Dosyć, wstaję! - wrzasnął na siebie w myślach. Dziękuję za grę, wystarczy tego szczęścia jak na jeden dzień - powiedział niepewnym głosem i z duszą na ramieniu udał się do kasy po wymianę żetonów na gamble. O, widzę, że dopisało panu dziś szczęście - powiedział kasjer, po czym z uśmiechem na ustach oświadczył: Zapraszam na zaplecze, tutaj nie mam wystarczająco cennych przedmiotów, aby panu zapłacić. Proszę usiąść, mam z Panem do pogadania, w końcu na pewno domyślił się pan, że pańska wygrana nie jest przypadkiem. Teraz musi pan ją odpracować. Słowa te ziściły najgorsze domysły Marcusa. Facet siedzący naprzeciwko niego, ubrany w elegancki czarny garnitur z czerwonymi wykończeniami i charakterystycznymi guzikami w kształcie lilijek, nie wyglądał wprawdzie groźnie, ale dwóch kolesi za jego plecami z dwururami w łapach na pewno tak. Jako nietutejszy może się pan okazać bardzo przydatny do wykonania dla mnie jednego niewielkiego zadania. Po tym będzie pan mógł zrobić, co pan będzie chciał ze swoja dzisiejszą wygraną i z sobą w ogóle. Myślę, że to dobry układ i powinien Pan na niego przystać - po tych słowach na jego ustach odmalował się ironiczny uśmiech, mówiący wszystko na temat odmowy. Marcus przełknął ślinę w oczekiwaniu na dalszy ciąg; zastanawiał się, co będzie musiał zrobić, aby wykupić się z objęć pająka, który raczej łatwo go nie wypuści. Potrzebuję dostępu do pewnych informacji, zawartych w komputerze, który niestety znajduje się w posiadaniu grupki ludzi nie bardzo mi przychylnej. Jak pan pewnie się już domyślił, zadanie polega na przetransportowaniu tutaj dysku twardego z tego komputera. Mam nadzieje, że wie pan o co to takiego? - spojrzał pytająco na Marcusa, który przytakując dał do zrozumienia, że tak podstawowe wiadomości na temat komputerów są mu znane. Dobrze wiec. Szczegółowych informacji oraz wyposażenia w broń udzieli ci mój człowiek, którego zaraz poznasz - po tych słowach jeden z dryblasów dał Marcusowi do zrozumienia, ze ma wstać, co też ten zaraz uczynił. W obstawie przeszedł do piwnicy, gdzie czekał już na niego niewysoki chłopaczek ze skrzywionymi okularkami i błędnym wzrokiem, ubrany w jakieś łachy niewiadomego pochodzenia. Pamiętaj, obserwujemy cię - te ostatnie słowa wypowiedziane przez dziwnego gostka cały czas chodziły mu po głowie. W zmieszaniu jechał swoim autem przez centrum Vegas. Nie wiedział, jak powinien się zachować: czy uciekać z tego przeklętego miasta, czy wykonać to zlecenie i dopiero potem wyjechać. Obietnica braku zobowiązań po wykonaniu zadania wydaje się kusząca, ale czy na pewno jest prawdziwa... Marcus miał dużo czasu na przemyślenia, zanim udało mu się dojechać na miejsce, gdzie miał się znajdować ten felerny komputer. Wysiadł z samochodu i stanął przed dwupiętrowym budynkiem z kolorowym szyldem nad wejściem: Joker. Kolejny lokal, w którym grywa się w karty i ruletkę. Niby nie różnił się wiele od poprzedniego, tym razem jednak Markus cały czas czuł na sobie oczy innych. Podszedł do baru i lekko chwiejnym głosem powiedział: Podaj piwo. Barman bez słowa wykonał polecenie i zainkasował za to jeden nabój. Marcus pił piwo i rozglądał się po lokalu, szukając punktu zaczepienia. Nie miał zielonego pojęcia, jak wymknąć się na górę, nie zostając zauważonym. Jeszcze raz to samo - powiedział dość znużonym głosem, poirytowany brakiem jakiegokolwiek pomysłu. Nie, grać nie będę - powiedział sobie w myślach. W końcu barman położył mu piwo na barze. Marcus odwrócił się w jego stronę i sięgając po kufel, dojrzał drewnianą tabliczkę, wywieszona zaraz koło pseudoumytych kufli z napisem Pokoje na noc. Pojawiła się w końcu furtka, która mógł pójść dalej. Są jeszcze wolne pokoje - spytał. Tak, rozumiem, że jednoosobowy, to będzie 30 gambli. Markusowi mało oczy nie zbielały ze zdziwienia, gdy usłyszał tę chorą cenę, ale nie miał wyjścia. Dobra, biorę - powiedział. Nie chciał się targować, wolał jak najszybciej zrobić swoje i zjeżdżać z tego miejsca. Pójdzie pan tymi schodami na górę... - wskazał schody obok baru - ...i na końcu korytarza pokój z prawej strony - dał Marcusowi klucz. Ten niezwłocznie podniósł się ze stołka i powędrował we wskazanym kierunku. Korytarz był dość szeroki i na całej jego długości co jakieś trzy - cztery metry znajdowały się drzwi. Markus szedł spokojnie i uważnie przyglądał się każdym z nich. Nie wiedział, gdzie dokładnie znajduje się komputer, wiec starał się znaleźć jakąś wskazówkę. To wkrótce mu się udało, bo drzwi mniej więcej na środku nie posiadały klamki. Po uważniejszym przyjrzeniu się zauważył również, że na wysokości kluczyka szczelina między futryną a drzwiami jest szersza, jakby specjalnie wywiercona, na jakąś kartę czy coś. Przyglądanie to przerwał głos kroków za plecami; ktoś wchodził po schodach. Marcus poszedł dalej do swojego pokoju. W pokoju nie było nic oprócz starego łóżka, które w momencie, gdy chciał usiąść, okazało się zarwane. Wyciągnął z plecaka beretkę z tłumikiem, którą specjalnie na tę misję dostał od swojego zleceniodawcy, i podszedł do drzwi, by przez dziurkę od klucza przypatrywać się sytuacji na korytarzu. Przeczekał tak dobrą godzinę. W końcu z dziwnych drzwi wyszła jakaś postać. Ubrana była w podniszczone moro i wojskowe buty, można było również dostrzec deserta przy pasie. Zamykając za sobą drzwi, koleś wolnym krokiem szedł do baru. To był dobry moment, Marcus wyszedł ze swojego pokoju, chowając pistolet z tyłu za paskiem. Szedł szybkim, niewzruszonym krokiem. Tamten z przodu obejrzał się, ale widząc po prostu gościa wychodzącego z innego pokoju, który najpewniej udaje się do baru, nie zwrócił na Marcusa uwagi i szedł w dalszym ciągu swoim wolnym krokiem. Gdy znaleźli się w odległości pół metra, Marcus chwycił za spluwę. Zawahał się chwilę, po czym wyciągnął ją i trzy głuche odgłosy pozostawiły trzy dziury w plecach ofiary. Złapał mężczyznę w locie, nie pozwalając mu upaść z hałasem. Facet okazał się wyjątkowo ciężki, ale i tak udało się Marcusowi wciągnąć go na koniec korytarza do swojego pokoju. Gdy ofiara była już na miejscu, nadszedł czas, by ją przeszukać. Desert w obecnej sytuacji wcale nie był wielkim łupem; ważne było, by znaleźć coś, co da mu możliwość otwarcia drzwi bez klamki. Po krótkich poszukiwaniach udało się. Niezwłocznie, zapominając o jakiejkolwiek ostrożności, wyszedł z pokoju. Będąc już na korytarzu schował broń za pasek. Doszedł do drzwi i wsunął znalezisko w szczelinę. Pasowało idealnie i po chwili usłyszał głuche szczękniecie, pchnął drzwi i wszedł do środka. Wewnątrz zobaczył biurko, za którym znajdował się fotel z dużym oparciem, odwrócony do tyłu. Na biurku widać było lekko zabrudzoną klawiaturę oraz monitor. Marcus podszedł szybko do biurka i usłyszał skrzypienie fotela. Złapał szybko za pistolet i wycelował w środek fotela, czekając, aż się do końca obróci. Zbladł, widząc gościa w zapinanym na lilijki garniturze. Zdałeś... Prześlij mi swoją opinię o artykule! |